Mechanizm handlu emisjami miał motywować do dekarbonizacji, a stał się źródłem
gigantycznych zysków dla instytucji finansowych i pośredników. Polskie przedsiębiorstwa
ciepłownicze płacą ogromne pieniądze za uprawnienia do emisji, a środki z Krajowego
Systemu Handlu Emisjami nie zawsze wracają do branży (albo wracają w formie konkursów,
które trudno wygrać).
Postawię kontrowersyjne pytanie czy system EU ETS to faktyczne narzędzie ochrony klimatu,
czy raczej kolejny sposób na drenowanie budżetów spółek energetycznych i kieszeni
odbiorców końcowych?
Mechanizm handlu emisjami EU ETS
Mechanizm handlu emisjami CO₂, zwany EU ETS, miał być przełomowym narzędziem wwalce z kryzysem klimatycznym. Idea była prosta: limitujemy ilość dwutlenku węgla, jaką
mogą emitować przedsiębiorstwa, a potem sprzedajemy lub kupujemy uprawnienia do
emisji. W teorii miało to zmuszać firmy do dekarbonizacji i inwestowania w czystsze
technologie. W praktyce jednak coraz częściej pada pytanie: czy EU ETS to naprawdę
skuteczne narzędzie ochrony klimatu, czy może raczej sprytny sposób, aby napełniać
kieszenie pośredników finansowych, kosztem spółek ciepłowniczych i ich odbiorców?
Na pierwszy rzut oka system wydaje się słuszny – emitujesz mniej, płacisz mniej, bowiem nie
musisz kupować tak wielu certyfikatów. Jednak polskie przedsiębiorstwa ciepłownicze, które
często już dziś funkcjonują na granicy opłacalności, zmuszone są do wykupywania
ogromnych ilości uprawnień na rynku. Ceny tych certyfikatów rosną i rosną, a pieniądze
płyną nie do inwestorów w zrównoważony rozwój, lecz do instytucji finansowych, funduszy
inwestycyjnych i pośredników działających na rynku uprawnień.
W skrócie – mamy do czynienia z paradoksem. System, który miał pomóc ograniczyć emisje,
dziś jest mechanizmem transferu gigantycznych środków finansowych. Krajowy System
Handlu Emisjami w Polsce generuje setki milionów złotych. Podczas gdy spółki ciepłownicze
skarżą się na wysokie koszty, większość tych pieniędzy wraca do branży w formie
skomplikowanych konkursów i programów wsparcia, które bywają trudne do zdobycia,
czasochłonne i mało dostępne dla mniejszych graczy. Czy to naprawdę jest wsparcie? A może
forma udręki i biurokratycznej gry, która nic nie zmienia, a tylko stagnację przedłuża?
Jak zawsze duzi gracze, duże pieniądze
Kolejnym problemem jest fakt, że system handlu emisjami stał się przedmiotem spekulacji.Goldman Sachs, JP Morgan i inne wielkie instytucje finansowe zaczęły traktować
uprawnienia do emisji jak kolejną klasę aktywów, na których można zarabiać, przewidując
wzrost ich cen i spekulując. Tymczasem przedsiębiorstwa, które realizują cele środowiskowe,
muszą płacić coraz więcej, a rosnące koszty często są przerzucane na odbiorców końcowych,
czyli zwykłych ludzi.
Paradoksalnie, mimo kosztów, które musi ponosić gospodarka, rzeczywisty wpływ EU ETS na
tempo dekarbonizacji jest wątpliwy. Badania wskazują, że wiele firm ucieka od realnych
inwestycji w czystość energetyczną, wybierając próby ograniczenia emisji "na papierze" lub
korzystając z luk i wyjątków w systemie. W efekcie faktyczna redukcja emisji przebiega
wolniej, a ceny energii rosną.
Czy system jest zatem narzędziem ochrony klimatu, czy tylko kolejnym mechanizmem
przesyłającym środki finansowe z kieszeni podatników i przedsiębiorców do banków i
funduszy? Wiele dowodów i komentarzy wskazuje na tę drugą opcję. Przyszłość EU ETS
wymaga gruntownego przemyślenia i reformy. Być może konieczne jest wprowadzenie
elementów większej transparentności, kontrolowania cen certyfikatów oraz kierowanie
zgromadzonych środków prosto na wsparcie realnych inwestycji ekologicznych, a nie na
biurokratyczne konkursy.
Podsumowanie
W polityce energetycznej i klimatologii nie może zabraknąć jasnych, spójnych isprawiedliwych zasad, które faktycznie przyniosą efekt, a nie będą kolejnym sposobem na
drenowanie firm i obywateli. W przeciwnym razie EU ETS pozostanie jedynie symbolem tego,
jak dobrze działać może system, który zamiast ratować planetę – karmiąc pośredników
finansowych – pogłębia nierówności i zwalnia prawdziwą transformację energetyczną.
Tak więc pytanie pozostaje kontrowersyjne, ale konieczne: czy naprawdę chcemy systemu,
który miał chronić klimat, czy tylko kolejnego mechanizmu wzbogacającego wąską grupę
finansowych graczy? Odpowiedź na to pytanie zdecyduje o kształcie europejskiej polityki
klimatycznej na kolejne dekady, a przede wszystkim – o stanie naszej planety.
Zapomniałabym … już wkrótce ETS 2.